niedziela, 7 stycznia 2018

Zamykam rozdział

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Koniec wynajmowania, martwienia się o lokatorki i lokal. Moje rodzinne mieszkanie idzie pod młotek. Z jego pierwotnych lokatorów prawie wszyscy umarli i nie mają w sprawie nic do powiedzenia. Po śmierci mamy utrzymałam je przez ustawowe 5 a nawet siedem lat i uciekłam przed 23% podatkiem. Zatem sprzedaż.
Z bardzo grubsza oczyściłam je z rupieci siedem lat temu, teraz trzeba było proces czyszczenia doprowadzić do końca.
Moja rodzina nie była zbieraczami (to po nas będzie miała Misia dopiero zabawę) ale niczego nie wyrzucali do śmieci. Największe emocję przy sprzątaniu powodują takie codzienne przedmioty schowane w jakichś skrzynkach z narzędziami czy w kątach spiżarni. Ot nikt z obecnej w mieszkaniu młodzieży nie rozpoznał klucza do przykręcania łyżew do butów. Prawda że takie łyżwy już za mojego dzieciństwa były anachronizmem, ale były jeszcze czasem widywane.
Znalazłam pewien scyzoryk, który w wakacje 1972  roku nie dawał mi spać. Uparłam się żeby mi go kupiono, wszyscy mieli scyzoryki i grało się nimi w pikuty. Mama powiedziała, że jak go zgubię to mi już nic nigdy nie kupi. Byłam jeszcze w wieku, gdy wierzy się rodzicom, a mama była wyjątkowo prawdomówna. A scyzoryk się gdzieś zapodział. Znalazł się w końcu w kieszeni płaszcza kąpielowego, było wtedy paskudne, zimne, mokre lato, wakacje spędzałam na działce kuzyna ozdobionej cementowymi grzybkami odlanymi w miednicy. Ośrodek mieścił się w Janowie nad Brdą, a mój obecnie łysy i podobny do Marksa brat cioteczny miał rok i straszne zapalenie jamy ustnej. Modne były kędzierzawe peruki i istnieje zdjęcie Arkadiuszka w takiej peruce i w okolicy cementowego grzybka. Krasnoludka na zdjęciu nie ma. Babcia zebrała z działki wszystkie krasnale, nawet tego z wędką co łowił ryby w miednicy, bo miednica do mycia była potrzebna... Arkadiuszek był ponadto dla krasnali zbyt wielkim zagrożeniem. No i babcie trzęsło na widok tych cudnych ozdób.
W dwa dni dzięki krewnym i znajomym wyczyściłam cztery pokoje do czysta. Meble rozebrano do cna: oryginały Kowalskich z lat sześćdziesiątych biorą nabywcy mieszkania, mój panieński tapczan wraca do mnie, IKEA rozeszła się po ludziach, szkłem i porcelaną zajęła się rodzinne historyk sztuki (tak! były tak stare, że wzbudziły jej zainteresowanie), to i owo zabrałam do siebie, krzepcy mężczyźni ze środkami transportu rozwieźli dobro po mieście. Mama by umarła drugi raz, gdyby się dowiedziała, że jej cenne butle gazowe, kuchenki działkowe i cała zawartość szafki z narzędziami, gwoździami i rurkami wyląduje w złomie. Bogu dzięki za istnienie takich skupów.
Czysto, pusto, przestronnie. Stan niemal jak w 1960 gdy budynek powstawał. Nabywców bardzo to cieszy, zwłaszcza dębowe doskonale położone parkiety, ceglane ściany i szafy wnękowe nie przerobione na Komandora.
Jeżeli jutrzejsza kwalifikacja Alicji do operacji drugiego oka da mi kilka dni przerwy w nieustającym maratonie wyczerpujących przeżyć to chwilę odpocznę.
Chętnie bym poodpoczywała z powodu właśnie mojego tapczanu.
Po notce o włóczkowym Stasiu Mdanka zwierzyła mi się, że ma tapczan włóczki. Żaden powód do wstydu: Alicja też miała pełen tapczan wełny, moja babcia miała tylko wąski pojemnik kanapy do przechowywania dóbr. A ja mam dwie szuflady w komodzie i trzy szuflady w łóżku Hemnes
Drogi i pozornie fajny ten Hemnes. Niby się na dwuosobowe spanie rozkłada. Na takie kombinację to u mnie miejsca nie było. Po dziewięciu latach stania w buduarze Hemnes pożółkł, poobijał się i porozklejał gdzieniegdzie. Szuflady trudno wyciągać w ciasnocie, choć na Hemnesie spały głównie dwa psy (20 kg do spółki) i czasem Alicja to strasznie się zużyło od samego stania. No i wasserwaga mówiła wyraźnie że jest krzywe. Skulgnąć się z niego można było na podłogę. Jak na pełnym morzu było na tym ślicznym Hemnesie. A w rodzinnym mieszkanku stał mój tapczan kupiony w zimę stulecia gdy rotunda w powietrze wyleciała. Tapczan składa się ze skrzyni na pościel i pokrywy, na której można było położyć materac. Aktualnie tapczan ma trzeci materac. Tapczanowi nic nie dolega i jest poziomy. Pan mąż wybebeszył Hemnesa i został po nim aby ten śliczny płotek dookoła. Krzepcy mężczyźni w ten płotek wstawili mój stary, pojemny, poziomy tapczan. Wygląda to tak jak przedtem. Jeszcze nie próbowałam utknąć tam całego stasia, ale zawartość hemnesowych szuflad tapczan łyknął i nie zauważył. Chyba tapczan ma potencjał!

czwartek, 28 grudnia 2017

Radykalnie etyczni

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Zrobiłam sobie kolejną czapkę, wyszła świetnie. Zobaczyłam ją kiedyś na Ravelry, nazywa się Edith hat. I z głowy mi wyjść nie chciała, bo ładna, skubana jest. Przyglądałam się tym zdjęciom, przyglądałam i nic.
Szykując się do niebieskiego swetra z Lopi Einband kupiłam o jeden niebieski kłębek więcej, a do zamówienia dołożyłam i biały, niech leżą. Przeglądając ostatnio Ravelry znów trafiłam na Edith. Popatrzyłam, przyjrzałam się bliżej, przemyślałam cenę wzoru (6,15$), Pogrzebałam na półce z książkami, znalazłam wzorek otoku u Sheili Mc Gregor (The Complete Book of Traditional Fair Isle Knitting). Wzór na główce czapki dał się bez trudu narysować na kartce w kratkę. Dzięki dobrej rozdzielczości zdjęć widać było i miejsca i sposoby zbierania oczek. I że 20 oczkowy wzór otoka powtarza się na połowie czapki 4 razy. Znaczy dookoła na początku jest 160 oczek. W międzyczasie świątecznych przygotowań odgapiona czapka powstała:



Na głowie siedzi doskonale, dużo lepiej niż zrobiona kiedyś tą samą techniką czapka z Dropsa.



Jak dobrze popatrzycie to zobaczycie wszystkie zbierania oczek.



Uszy chroni podwójna dzianina. Aby różniła się od tej z Ravelry dostała kutasik na sznureczku.
Bardzo mi się ten udzierg podoba i pochwaliłam się nim na Dzianej Bandzie. Ja idiotka, com ja głupia narobiła! Dostało mi się od pewnej młodej, radykalnej antypiratki. Bo jej zdaniem spiraciłam wzór. Po krótkiej dyskusji opuściłam grupę, bo nie po to uczestniczy się w takich grupach, żeby znosić przykrości i uszczypliwości. Mnie ta grupa na nic, Ja też im na nic, a bloga Naczelnej Dziergaczki Grupowej na szczęście można czytać poza FB. I umówmy się, rzadko w lokalnej drutosferze widzi się zapierające dech w piersiach wyroby.
Sprowokowało mnie to jednak do przemyślenia sprawy wzorowego piractwa, mam już do tego historyczny dystans i pewne wnioski mogę zeń wyciągnąć.
W dawnych, słusznie minionych latach nie było piractwa, tylko obowiązek ubrania w coś rodziny. Takie obowiązki spadają zawsze na kobiety. Tak się jakoś dzieje. Kobiety miały jakimś sposobem tajemnym zapewnić w tych ponurych czasach gacie, swetry, buty i skarpetki całej rodzinie. Rzeczy kupne były brzydkie, rzadko spotykane, ale nieporównanie trwalsze niż dziś. Zdobywanie ich było uciążliwe, a czasem niemożliwe. Na przykład na moje dziecko ubrania kupić początkowo nie można było żadnego, bo było za małe na rodzimą rozmiarówkę. Mając rok Misia dorosła do okropnych, białych śpiochów. Jako osoba biegle raczkująca i chodząca od dawna nie używała śpiochów tylko dżinsów z biedronką na pupie mojej produkcji. Ubierałam ją samodzielnie z niewielką pomocą paczek z zachodu i sąsiadki. Wszystkie znajome mi matki podobnie kombinowały. Jak któraś wymyśliła jakiś fajny ciuch czy wzór, to dzieliła się nim hojnie z koleżankami w bufecie studenckim. Babcia też bywała pomocna. O nijakim piractwie mowy nie było. Był zbiorowy wysiłek kobiet, żeby nikt goły nie chodził. Każde zachodnie pismo dotyczące szycia czy dziergania było traktowane z szacunkiem, używane do ostatecznego rozpadnięcia się przez wiele, wiele osób. Piractwo, dobre! Zabawa to było haftowanie: lekka, nikomu nie niezbędna czynność robiona tylko dla wartości estetycznych.
Tylko nie zauważyłam ile te niemiłe odzieżowe obowiązki mnie nauczyły. Jako dziecko często biegłam za babcią, która jakby nigdy nic skradała się za kimś po ulicy gapiąc się nań jak jastrząb na kurczaka. Po powrocie do domu odgapiony wzór był szybko notowany na karteluszku, wieczorem powstawała próbka i babka miała o jeden egzemplarz więcej w prywatnej bibliotece wzorów. Jakby nigdy nic nauczyła mnie tego samego: widzieć jak coś jest zrobione. Mam tak do dziś. Jak wiem to wiem, jak nie wiem, to pytam albo kupię książkę i się dowiem.
Wcale nie miałam tak źle w czasach słusznie minionych. Mieszkałam w Warszawie w dzielnicy rządowej, byłam wykształcona, mąż nr 1 też, pracownik naukowy, a jakże, zarabialiśmy z 40 dolarów do spółki po przeliczeniu ze złotówek. Trzeba było z tego opłacić wszystko co do życia potrzebne, wakacje, książki, ale nikomu by nie przyszło do głowy kupić na ten przykład książki za 24$. Szkła okularowe fotochromowe za 40$ kupiłam sobie za pieniądze zebrane (ku memu zdziwieniu) na ślubie.
Czas leciał i przyszedł Internet a z nim pierwsze forum Hafciki. O Matuś i córuś, jakież tam piractwo odchodziło. Świat mi pokazał co ma do zaoferowania, oderwać się od tego nie mogłam. Co ciekawe tam pierwszy raz spotkałam się z postacią Radykalną Etycznie. Była to niejaka Ciotka Muminka (ksywa zmieniona, ale do rozpoznania przez bywalców Hafcików). Tępiła piractwo bezwzględnie, jak pastor wytykała nam etyczne braki i... nie mieszkała w Polsce. Klikała do nas z oburzeniem na naszą niską postawę moralną z Wysp Brytyjskich skarżąc się tylko na jakość usług internetowych na jej wsi. Kładłyśmy uszy po sobie, przyznawałyśmy jej rację, ba, wiedziałyśmy świetnie że ma rację. Wiedziałyśmy ze to brzydko kraść. Ale ona z jej brytyjskim portfelem kraść nie musiała, my poza Unią, bez kart kredytowych (bankomaty się powoli pojawiały dopiero) i z rodzimymi zarobkami, które choć tu wydawały się okazałe, to TAM żałośnie, śmiesznie małe. A obok ujadającej Ciotki linki: strony chińskie pełne przepięknych haftów, strony ruskie, pełne jeszcze piękniejszych i zawirusowane jak diabli, potem nieistniejaca już kopalnia piracka Multiply i albumy Picassa Ale gdyby nie te dzikie strony nie miałabym pojęcia o projektantach i projektach, do nas taka wiedza naziemnie nie docierała. Kto to jest Martina Weber, Teresa Wentzler czy Laura J. Perrin dowiedziałabym się z nikąd.
Czasy się zmieniły, mamy teraz dobrobyt i kapitalizm, dolar nie kosztuje 100 zł tylko trzy złote z groszami i nawet oryginalny zestaw od Alice Starmore mogę sobie kupić jak bym strasznie chciała. Mamy karty kredytowe z wypukłymi literkami, Pay Pal i cuda wianki. I jak komu zależy na fajnej wełnie czy wzorze, to sobie może kupić. I ma kupować. Bo ten co wymyślił chce zarobić. I ja to świetne rozumiem. Za pracę płaca się należy. I jak potrzebuję czegoś to grzecznie płacę, ale nie potrzebuję wszystkiego. Bo bardzo dużo, naprawdę dużo umiem. Teraz jesteśmy w Unii, kulturalni, nie dzicy i już trochę wyedukowani. Przynajmniej oficjalnie.
Trojga imion młoda osoba, co mnie ustawiała dziś na zamkniętej grupie na FB jest bardzo młoda. Nie pamięta kartek, niedoborów i braku wszystkiego. Nie pamięta brzydoty ogólnej, wspólnych pism i obowiązku ubrania rodziny we wszystko. Nie zna wspólnoty kobiet razem ciągnących to brzemię. Nie pamięta również inflacji. Ona jest pewna swojej interpretacji pojęcia piractwa. A coś mi się wydaje że nasze uczestnictwo w światowym życiu (także tym dziergającym) to przelotna sprawa. Po kryzysie bankowym w 2008 roku nic się w życiu finansowym świata nie zmieniło, nigdy nie byliśmy tak zadłużeni jak dziś. Aktualnie rzadząca ekipa robi wszystko, żebyśmy z Europy wylecieli w objęcia nieodgadnionego wschodu. Europa się sama w sobie rozpada. Jeśli stopy procentowe ruszą, to mogą ruszyć bardzo szybko i się łatwo nie zatrzymają. Ja bym chciała, żeby blond tej niegrzecznej osoby zawsze pochodził z tej drogiej farby, a nie z flaszki z wodą utlenioną, bo pozielenieje. I niech jej kolczyk w nosie zawsze błyszczy i nigdy nie zardzewieje, i niech nigdy nie będzie musiała nikogo prosić o pomoc w zrobieniu sweterka bo jej dziecko zmarznie. Niech nigdy, przenigdy nie zarabia do spółki z mężem 40$ i niech nigdy kupnie czegoś z lepszego świata nie będzie dla niej niewykonalne z powodu kursu walut i dysproporcji zarobków.  Niech ma tylko takie zmartwienia, że nieetycznie jest sobie zrobić coś, co już ma ktoś inny i za to nie zapłacić 6,15$.

czwartek, 14 grudnia 2017

Bukiet od Alicji

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Na operację zaćmy Alicja grzecznie czekała 2 lata. W czerwcu odezwała się klinika na Kaczej, żeby przyjechać i rozpocząć przygotowania. Alicja pojechała i się zaczęło. Oczy poddane bardzo dokładnym badaniom ujawniły, że bynajmniej nie tylko zaćma im dolega. Oprócz zwyrodnienia plamki żółtej jest również jaskra, której nikt przedtem nie zauważył. Do jesieni rozprawiono się i z jaskrą. W międzyczasie używając gróźb, próśb i wyśmiewania, po siedmiu latach udało mi się wyekspediować teściową do dermatologa z powodu niegojacego się owrzodzenia na czole. Już siedem lat temu, gdy zgłosiła, że ma tu na czole coś takiego, co ciągle się rozdrapuje w nocy o poduszkę znałam prawdopodobną diagnozę. Ona też, tyle że ze strachu wolała o tym nie pamiętać. Nie widział tego ani onkolog operujący pęcherz, ani lekarz rodzinny ani żaden inny, choć u lekarza Alicja bywa często. Przez siedem lat. 
Dermatolog spojrzał i tylko jęknął, wysłał do chirurga plastycznego. Chirurg plastyczny się nie przeląkł i już chciał wycinać, ale Alicja sprawę chciała odwlec na po zaćmie. Już się zapisywała na termin zabiegu na oku, był piątek, zaćmę mieli zdejmować w poniedziałek, gdy w końcu ktoś spojrzał ze zrozumieniem na jej twarz, zbladł i wykrzyknął, No z tym na czole to ja pani żadnej zaćmy nie wytnę! Proszę tu wrócić trzy tygodnie po zabiegu ze zdjętymi szwami. Ależ zła była Alicja. Poszorowała do chirurga plastyka, ubłagała o przyspieszenie terminu (terminy rzecz ważna, badania są ważne 3 miesiące, większość badań płatnych a emerytura emerycka, do zoperowania oboje oczu). Jesień średniowiecza zrobił jej ten plastyk na czole, cięcie 8 x 7 cm. Lifting że hej. Po trzech tygodniach, już bez szwów za to z wynikami histo (był rak podstawnokomórkowy - nie ma raka!) zapisała się na zaćmę i 27 listopada zaćma w prawym, gorszym, oku została zlikwidowana. Aby zapobiec podstępnym działaniom Alicji, która nie znosi kurateli i nadzoru oraz uporządkowanego trybu życia nakazałam, że do kliniki Alicja pojedzie od nas a nie z domu. Spakuje się przy przytomności, zabierze co trzeba z domu i na chwilę u nas zamieszka.
A ma u nas Alicja pewną szczerą wielbicielkę:




Frania załatwiła sprawę tak, zeby operacją się Alicja zanadto nie przejmowała.

W wyznaczonym czasie Tomek zawiózł mamę na Kaczą, a jak zadzwonili, żeby ją odebrać, to odebraliśmy trochę otumanioną i zdumioną, że nic nie boli.

Zaczęło się wpuszczanie kropelek. jednych cztery razy dziennie, innych trzy razy dziennie a niektórych tylko raz. Zrobiłam rozkład jazdy i wpuszczałam, przemywałam, pilnowałam. Okazało się, że skarpetki Alicji, z piekielnie drogiej wełny od Hedgehog Fibres w kolorze Aroma  nadają się psu na buty. Rozwlekły się jak nieboskie stworzenie i nawet na mnie są za wielkie. Zrobiłam jej skarpetki na cito we właściwym rozmiarze.


Po kilku dniach kropelki Alicja wpuszczała sobie sama, mogła czytać, więc przynosiłam jej z lokalnej biblioteki wagonami ksiązki pisane wielką czcionką, pilnowałam jedzenia, zabawy i żeby się absolutnie nie schylała ani niczego nie podnosiła, nawet kartonu z mlekiem. Frania obdzielała nas wszystkich swoimi łaskami, a oko się goiło. Kupiłam teściowej maść na gojenie blizn i po kilku dniach stosowania okazało się, że chirurg plastyk znał się na swojej robocie. Widać cienką linię cięcia, ale kto widział Alicję bezpośrednio po usunięciu zmiany, ten nie uwierzy że to było tak niedawno.


Dziś Tomek zawiózł szarą ze strachu Alicję na kontrolę. Jeżeli lekarz pozwoli, to miała wrócić do siebie. Oko goi się świetnie, do domu można wracać, drugim okiem zaczynamy się zajmować 28 grudnia. Tomek przywiózł mi od teściowej bukiet pięknych róż. Bardzo mi się podobają!

poniedziałek, 4 grudnia 2017

Czy są tu jeszcze jacyś dorośli?

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Czemuś głupi? Bom biedny.
Czemuś biedny? Bom głupi.
Wiele lat ten ulubiony wierszyk Pana Męża wydawał mi się przesadny i pełen pychy. Aż usłyszałam, że pewien pan wybił szyby w obcym samochodzie stojącym na parkingu, bo mu się wydawało, że na tylnym siedzeniu leży kalafiorowy świeżak z Biedronki. Niestety, był to prawdziwy kalafior, tak samo jak Policja i kara za zniszczenie cudzego mienia były prawdziwe.
Kalafiorowy świeżak wygląda tak:
O świeżakach pierwszy raz usłyszałam, gdy bardzo dojrzała, żeby nie powiedzieć przejrzała pani poprosiła mnie o jakieś znaczki z Biedronki, bo jej wnuczka koniecznie chce jakiegoś świeżaka. Brzmiało to głupio i głupie się okazało. Za ileś tam wydanych pieniędzy dostawało się znaczek, za znaczki dostawało się pluszowego świeżaka. Policzyłam sobie, że aby dostać zabawkę za maksymalnie 5 zł w produkcji, trzeba w tanim dyskoncie wydać tysiące złotych. Dzieci oszalały i kazały biednym dziadkom i rodzicom kupować ile się da, żeby zgromadzić całe stado świeżaków. Ponoć kalafiory są najrzadsze.



Jak świat światem dzieci zawsze coś chciały do zabawy albo do szpanu, a dorośli odmawiali kupna z powodu braku pieniędzy. Czyli dzieci były dziećmi, a dorośli dorosłymi. Byli odpowiedzialni za domowe finanse. 
Hasło Biedronki skierowane do dzieci, aby zgromadzić wszystkie świeżaki, na powyższym rysunku jest ich 18, to narażenie domowego budżetu na obłędne wydatki, licząc spod palca 18 x 2,5. tys zł daje 45 tysięcy złotych, kwota dla klientów Biedronki chyba niewyobrażalna nawet w banku, za to wystarczająca na nowy samochód albo wakacje wielkiej rodziny w drogim hotelu nad gorącym morzem. Okazało się że nie tylko dzieci, ale również i dorosli potraktowali to poważnie. Stąd polowanie na biedronkowe znaczki i włamania do cudzych samochodów.
Lidl nie pozostał w tyle i obiecuje za ileś wydanych tam pieniędzy coś tam z logo Gwiezdnych Wojen. Bratanek urobił już rodziców i ci dzwonią po znajomych prosząc o współudział w zakupach w Lidlu. 
O ile mogę kupić bratankowi coś z Gwiezdnymi Wojnami na wierzchu, o tyle w tej zabawie nie będę uczestniczyć. Nie zamierzam być biedna, bo głupia. No i od dawna jestem dorosła.

poniedziałek, 13 listopada 2017

Osiągnięcia hodowlane

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Wczoraj minął rok jak jesteśmy bez Kretusi, teraz mamy takie pieski:




Jeden i drugi egzemplarz dumnie reprezentują narodowe tradycje hodowlane. Frania jest cairn terierem. Wywodzi się ze Szkocji, z Wyspy Sky, jest najstarszym z czterech szkockich terierów. Ci co się znają na rzeczy twierdzą, że pokrój tego psa nie zmienił się od średniowiecza. Wprawdzie jako osobną rasę zarejestrowano cairna dopiero w 1910 roku, ale od setek lat te malutkie (pierwotnie ok 5 kg) psiaki samodzielnie buszowały po szkockich skalnych rumowiskach polując na lisy, kuny i innych pustoszących kurniki drapieżców. Pilnowały domów, towarzyszyły ludziom.  Prawo angielskie (i szkockie) zabraniało pospólstwu posiadania dużych psów, to mogli jedynie szlachcice. A ponieważ psy w gospodarstwach były potrzebne więc prości ludzie trzymali małe, odporne i samodzielne zwierzaczki. W takiej Szkocji prości ludzie przez stulecia utrzymali cztery wspaniałe rasy! Teriera szkockiego, westie, cairna i sky teriera.
To musieli być bardzo zdyscyplinowani włościanie, nie było im wszystko jedno co się z czym skrzyżuje, skoro potrafili wyhodować i utrzymać rasę odpornych, małych, uroczych, samodzielnych, łownych  pieseczków. Pod tym względem polscy włościanie są za Szkotami daleko w tyle. Muszka jest godną przedstawicielką typowej polskiej rasy zagrodowej. Owszem, ma swoje zalety, zjadła nawet kiedyś kreta razem z futerkiem, niewiele jej trzeba do szczęścia, ale nikt nie wybiera się wpisywać jej do Księgi Psich Ras.




Na szczęście dla cairnów nigdy nie stały się one rasą przesadnie modną. Hodowcy zajmujący się nimi (i nimi zauroczeni) robią wszystko, żeby zalety rasy utrzymać. Zatem pilnują twardego, odpornego  na pogodę i brud futra, które trzeba trymować i nie daj Boże strzyc, bo zmięknie i nie będzie psa chroniło. Pilnują dziarskiego, nieustępliwego charakteru i ślicznego kształtu oraz sprawności terenowej pieska. Wprawdzie tak jak wszystkie rasy cairn mocno przybył na wadze w ciągu ostatniego stulecia, ale to mocniejszy kościec i masa mięśniowa a nie sadło. Modne rasy nieuchronnie ewoluują w dziwną stronę dla uciechy posiadaczy. Biedne teriery szkockie mają teraz tak krótkie nogi, szeroki tułów i długą sierść, ze nie mogą zrobić kupy nie obesrawszy sobie dokumentnie zadka. O włażeniu na drzewo za kotem już pewnie nie pamiętają.  Z dzielnych pogromców szczurów i lisów zrobiły się kwadratowymi, nieruchawymi tłuściochami. Owczarki niemieckie ledwo chodzą, bo komuś spodobał się podwinięty zad. A cairny są jakie były. Moda zmienia im tylko fryzurę na mordce. Oto słynny Toto z Czarnoksiężnika w Krainie Oz:



A to modnie uformowane łebki eleganckich cairnów:



Toto nie ma głowy uformowanej w kulkę z kolistą kufą, Toto jest pięknie wiatrem czesany. I tak samo wiatrem czesana robi się Frania. Nie będę jej wyrywać palcami włosów z uszu i mordki, bo bardzo tego nie lubi, wyrywa się i popłakuje, pies trącał modę.



Ograniczam się do trymowania sztywnej sierści na tułowiu, co jest przyjmowane spokojnie i wycięcia włosów wchodzących do oczu oraz pielęgnacji łapek. Nie będę przemocą trymować ogona na marchewkę, Frania ma na ogonku zakazaną flagę i co z tego, ma to ma.
I odkąd podjęłam postanowienie o niezamęczaniu Frani w imię urody Frania jest dla mnie dużo milsza. Wczoraj przyniosła mi pierwszy raz szarpaka do zabawy.



A Pana Męża, który jej futerka nie skubie, wita serdecznie nawet po chwilowym niewidzeniu. Jestem zazdrosna i też chcę być tak traktowana.

wtorek, 7 listopada 2017

Cztery lata planowania i... jest!

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Chciałam mieć i mam:
Najbardziej niebieski z niebieskich, bardziej niebieskim być nie można, sweterek z Vogue Knitting/ Fall/ 2013. Spodobał mi się od razu, ażur i półpatent dobrze wyglądają i tworzą wzór fantastycznie schodzący się na ramionach. Dzięki temu ściegowi sweter jest niesamowicie elastyczny, lepiej tego z akrylu nie próbować robić. Patent jak to patent, czy po dzisiejszemu brioszka, zjadł sporo wełny i strasznie się powoli robił. Wełny szukałam długo, w końcu znalazłam Lopi Einband w kolorze Vivid Blue. Ciekawe czy mnie zje, tak czy inaczej na całkiem gołą skórę się nie bardzo nadaje.


Pstryknęłam nim aparat pożarł kolor bo mu coś nie odpowiadało. Nie wiem dlaczego ten ażur tak nierówno siedzi w swojej grządce, po obu stronach ma po 2 lewe oczka, a nie jest po środku. Na próbce wykonanej mniejszymi drutami było ok. Sprawdzałam na Ravelry, innym paniom wychodziło to jeszcze gorzej.
Oryginalny sweterek ma mały golfik. Dla mojej szyi półgolfy się nie nadają, ja muszę mieć wycięcie V, bo inaczej szyja mi zanika. Nawet myślałam jak to wykończyć i czy w ogóle to wykańczać przy szyi, ale jakieś takie gołe było w tej postaci:


Błękitu nigdy dość, zatem koleżanka dostanie kobaltowe mitenki z szetlandzkiej wełny z japońskim wzorkiem:

Proszę tylko koleżankę, aby nie narzekała na pomyłki we wzorku. Tylko Pan Bóg jest nieomylny!
Z podarowanych pojedynczych kłębków dropsowego Fabela powstały jeszcze skarpetki, jak znam życie nosiciel się biegiem znajdzie.

A za chwilkę, za kilka dni podsumujemy rok z Franią!

Dopiero jak zajrzeć do postu z listopada zeszłego roku to widać jak się psina zmieniła, Nie lubi trymowania futerka na mordce, to nie trymujemy. Taka jest wiatrem czesana.

piątek, 27 października 2017

Staś trzymany w domu

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Coraz częściej na naszych szarotkowych, dziewiarskich spotkaniach poruszany jest temat niejakiego Stasia. (Właściwie chodzi o coś zwanego stash po angielsku a Vorrat po niemiecku, po polsku powinny być to zapasy; chodzi o zapasy włóczki zbierane przez dziewiarki). Nikogo nie dziwi, że mechanik samochodowy ma hangar młotków, spawarek, podnośników i innego szpeju. Ktoś reperujący elektronikę tonie w kablach, podzespołach i kalafonii, krawcowa zwykle ma szafę tkanin, malarz bezwstydnie posiada farby, pędzle i drabiny a szewc klej, kopyto i skórzane łatki. Może to dlatego, że oni wykonują pracę zawodową a my tylko hobby to im wolno mieć potrzebne zabawki, a nasze to coś wstydliwego? 
Nie wiem. Na pewno mam w domu więcej książek niż włóczki.W każdym pokoju są co najmniej dwa pokaźne regały do sufitu, szafy we wnękach przyokiennych są pełne papieru, wielka meblościanka w piwnicy zapchana jest tym towarem, że o mało nie pęknie a i druga piwnica powoli się zapełnia. Mimo to Pan Mąż nie twierdzi, że mamy za dużo książek i nie wywraca oczami, że jakaś przybyła. (Mnie dziś przybyły trzy, z czego jedna to bardzo gruby King, do niego listonosz rano przyniósł jedną). A włóczkowy Staś to jakiś problem? Mam równo trzy szuflady surowca do przerobienia i nie wydaje mi się, żeby to było szczególnie dużo. O co ten raban, czemu temu Stasiowi koleżanki poświęcają aż tyle myśli i czasu? Postanowiłam zgłębić temat. Przeczytałam A Stash of Ones Own Clary Parkes. I dowiedziałam się, że to co mam, to nie żaden Staś a zaledwie podręczny Stasinek. Bo niektórzy/re to mają pełną piwnicę worków z surowcem. Albo pokój gościnny zamieniony na przechowalnię, z regałami i programem magazynowym aby w tym nie zginąć. A co gorsza są Stasie przeogromne nie wiadomo czego, bo nie prowadzono księgowości, banderolki poginęły i właścicielka zupełnie się już w swoim Stasiu nie orientuje. 
Po lekturze książki wiem że należę do dziewiarek bez Stasia, jak Amy Herzog. Nie kolekcjonuję kłębków dla samego zbierania. Nie turlam się w moich zbiorach. Wiem co mam i wiem na co to jest. Kupuję wełnę (tylko wełnę, wełnę z jedwabiem, len lub alpakę, jak się da to i kaszmir z odzysku) na konkretne wyroby w konkretnej ilości. Na bluzkę ma być minimum 1200 metrów, na skarpetki 400 metrów. Na szal estoński powyżej 1200 metrów, na szal mniejszy 800 metrów wystarczy. Nie kupuję pojedynczych bardzo pięknych kłębków bo do podziwiania są obrazy i biżuteria, zwierzęta, rośliny i muzyka, a nie najpiękniej nawet ufarbowane 100 metrów wełny z której nie wiadomo co zrobić. Całe dzieciństwo musiałam nosić babcine wyroby z włoczek łączonych w niewiarygodne "tweedy" bo każdej było za mało. Babcia kupowała to co było z pieniędzy skręconych z koszyczkowego, bo własnej pensji nie miała. I robiła co musiała z tego co było. 
Nie znoszę takiej partaniny i łataniny, nie lubię mieć każdego rękawa innego koloru i w związku z tym nie nadaję się na kolekcjonerkę ręcznie farbowanych cudownych motków. Każda próba dziergania z takich motków to była wtopa. Sweter z Arco Iris Silky Merino od Malabrigo każdą część miał w innym kolorze mimo dziergania co drugi rząd z innego motka. Z fioletowego BFL wyszedł sweter we wzór mory i poszedł do ludzi. Jedynie własne farbowanie semi solid dało mi kolor jakiego oczekiwałam. Zatem jeden motek na skarpetki jest OK, farbowanki z Włóczek Warmii są OK, widziałam dosyć wyrobów z tej wełny, żeby ufać farbiarce, ale nie po to robię sobie odzież sama ze szlachetnych surowców, żeby chodzić w łaciatych, brzydkich rzeczach. A ponieważ robię sobie odzież wełnianą, to nie potrzebuję stert ocieplających chust zaprojektowanyc w paski jedynie dla uprzatnięcia domu z bezmyślnie kupionego, szalenie pięknego Stasia bo i tak mi ciepło.
Co do dziewiarek z pełnoprawnym Stasiem to nie mam zdania. Może kupują tę wełnę na pocieszenie? Może dla jej kolorów? To rozumiem, dla kolorów kupiłam naprawdę dużo kredek i suchych pasteli. I myślę, że niech każdy kupuje co chce. Jeżeli z powodu tych zapasów nikt nie głoduje, nie oszczędza się na dzieciach, lekarzu, weterynarzu i babci, nikomu zatem nie dzieje się krzywda, to o co ten hałas? Bo jak się jednak zaczyna głodować, dzieci chodzą w swetrze a bez dajmy na to okularów, a babci nie wykupujemy leków, to jednak jest przegięcie i psychiatra potrzebny na cito. Taki od uzależnień.